Oda do wołowiny bez kości.

Jeśli chodzi o przekąski-przy-okazji (przy okazji licznych posiłków pionowych, którzy bezczelnie jedzą gdy mają ochotę a myślą,że futrzastym wystarczą suche chrupki przez cały dzień!) sprawa jest dość skomplikowana. Czasami wystarczy zakręcić się wokół nóg, zahaczyć ogonek o przypadkową stopę i spojrzeć wymownie w kierunku bulgoczącego gara. Czasami jednak to nie wystarczy i w razie takiej ewentualności futrzaści mają przygotowane popisy wokalne. Jak dotąd pionowi wyodrębnili:

  • odę do wołowiny – ale tylko dobrze przyrumienionej
  • kantyczkę do kurczaka – smażonego na oliwie z oliwek
  • zaśpiew do mięsa mielonego – najlepiej z indyka bo chude
  • sonaty rybne – tuńczyk w strzępkach albo makrela od strony grzbietu
  • pomyłkowa serenada – zazwyczaj do zupek błyskawicznych o zapachu ponętnie mięsnym

Popisami wokalnymi zajmuje się głównie rudy drapieżca, koteczka zasiada w progu kuchni akompaniując występy głośnym mruczeniem. W wyjątkowych wypadkach, gdy ryba pachnie szczególnie smakowicie a kurczak jest idealnie wysmażony, pionowi są zaszczycani dumką na dwa głosy. Po wyczerpujących występach i solidnej przekąsce trzeba się zdrzemnąć…

Zew drzwi

W bardziej słoneczny niż pochmurny kwietniowy poranek, pionowa wybyła z miską mokrych szmatek na zewnątrz. Futrzaści skłębili się pod drzwiami i zgodnie zagapili na klamkę. Zewnątrz jest zawsze pociągające właśnie dlatego,że jest za zamkniętymi drzwiami. Pionowi bezczelnie przechodzą przez nie kiedy chcą, do środka, na zewnątrz, raz za razem, a szylkretowa koteczka i rudy drapieżca tylko czasem wymkną się na schody, pogalopują z góry na dół, zawsze za krótko bo pionowi mają chwytne łapy i chwytają i zabierają do wewnątrz a tu pozostaje tylko gapienie się na klamkę…

Gdzieś trzasnęły drzwi.

Klamka drgnęła, drzwi uchyliły się zachęcająco. Futrzaści zamarli na moment, to coś nowego, samo gapienie się bez jednoczesnego namówienia jednego z pionowych do galopku po schodach nigdy tak się nie kończyło. Ale drzwi stały uchylone, zapachy zewnątrz wlały się wąską strugą, szylkretowa zaniuchała, otrząsnęła się i cichcem ruszyła na łowy. Rudy potruchtał za nią, węsząc jak astmatyczny odkurzacz, oberwał prawym sierpowym i zmienił kierunek truchtania. Koteczka skręciła w lewo, w stronę najintensywniejszych zapachów i nagle znalazła się na zewnątrz, tym najdzikszym, wietrznym, trawiastym. Naprzeciwko zamarłej ze zdziwienia pionowej. Rudy znalazł inne drzwi i przysiadł węsząc i gapiąc się na klamkę w ten specjalny, otwierający sposób…

Na zewnątrz zapiszczały hamulce.

Pionowa podkradła się, chwyciła zadowoloną z siebie koteczkę, weszły na schody, Rudy porzucił uparcie zamknięte drzwi na zewnątrz-zewnątrz i zaczął akrobatyczne uniki, bo wcale mu się jeszcze nie chciało do wewnątrz. Po kwadransie dzikich pogoni i chwytań oba futrzaste zajęły się z mruczeniem chrupaniem niespodziewanej przekąski, która pojawiła się w miskach, a pionowa wróciła na zewnątrz po resztę prania. Od tego kwietniowego poranka, każdy trzask przypadkowych drzwi w bloku wabi kociastych do drzwi wejściowych, bo może tym razem klamka znowu się zagapi…

 (a na razie – nie ma zawnętrza, nie ma internetu!)